"Miałam w głowie głos, który zaczął opowiadać mi historię" - Liza Marklund o genezie "Farmy pereł"

2020-05-25

Farma pereł to bardzo oryginalna powieść – kryminał, ale z elementami obyczajówki. Co było dla Ciebie inspiracją do jej napisania?

Obawiam się, że nie ma krótkiej i łatwej odpowiedzi na to pytanie… Myślałam o tej powieści od dawna, zanim w końcu mogłam ją napisać. Jesienią 2003 roku stałam w butiku Georgia Armaniego w domu towarowym NK w Sztokholmie, trzymając różowy garnitur, który miał zostać wysłany z powrotem do Włoch. Miał 75 procent zniżki, ale wciąż był dość drogi. Chciałam go kupić dla mojej przyjaciółki Anny Lindh, naszej minister spraw zagranicznych, ale nie znałam jej włoskich rozmiarów, a ona była na spotkaniu w Brukseli. W końcu go nie kupiłam, a Anna powiedziała:  „Ja? W różowym Armanim?! Jesteś szalona! Wyglądałbym jak amerykańska żona prezydenta!”. Poszła więc sama do NK, żeby kupić coś do założenia (zamierzała przeprowadzić telewizyjną debatę na temat szwedzkiego referendum w sprawie euro). Tam, w sklepie, mężczyzna zaatakował ją nożem. Była dźgana wiele razy – chirurdzy nie dali rady jej uratować. Zmarła wczesnym rankiem 11 września 2003 roku.

Naprawdę nie pamiętam wielu kolejnych miesięcy. Wiem, że promowałam powieść „Czerwona Wilczyca”, numer pięć w mojej  szwedzkiej serii kryminalnej z udziałem dziennikarki Anniki Bengtzon, jednak wywiady i spotkania pamiętam jak przez mgłę.

W tamte święta pojechałam na Rarotongę, główną wyspę na Wyspach Cooka na południowym Pacyfiku. Byłam na tym małym fragmencie lądu na środku oceanu już wcześniej. Ma tylko dziesięć kilometrów średnicy, a jego wybrzeże okrąża wąska droga. Pewnego popołudnia zaczęłam iść tą drogą: fale uderzały o rafę na zewnątrz ze stałym rytmem, wiatr szeleścił nad palmami kokosowymi. Wiem, że to brzmi jak rozpoznanie choroby, ale miałam w głowie głos, który zaczął opowiadać mi historię. Należał do młodej kobiety z jednej z zewnętrznych wysp, wychowanej w geograficznej izolacji, która udała się w świat, by znaleźć zaginionego męża. Mówiła ze smutnym rytmem w głosie, w towarzystwie wiatru i wody, mówiła i mówiła, a ja szłam i szłam, a kiedy skończyłam, byłam po drugiej stronie wyspy.

W tym czasie na Rarotondze nie było Internetu z wyjątkiem stacji telegraficznej w stolicy Avarua. Poszłam tam, wypożyczyłam komputer i wysłałam trzystronicową wiadomość e-mail do mojej wydawczyni w Szwecji, Ann-Marie Skarp. „Pewnego dnia napiszę tę historię” napisałam (Ann-Marie nadal ma tę wiadomość).

Bardzo dokładnie opisałaś życie na wyspie Manihiki:  mentalność mieszkańców, ich styl życia, prawo czy obrzędy.  Skąd czerpałaś wiedzę na ten temat?

Moja rodzina od lat dużo podróżuje na Wyspy Cooka. Mamy tam bardzo dobrych przyjaciół i spędziliśmy tam wiele miesięcy. Szczególnie mój mąż uwielbia to miejsce.

Latem 2015 roku opublikowałam swoją ostatnią powieść z serii o dziennikarce Annice Bengtzon. W sumie jedenaście powieści – zajęło mi to 18 lat, ale zrobiłam to.

Tej jesieni u mojego męża zdiagnozowano trzecie stadium raka w układzie limfatycznym. Leczenie było przerażające. Troszczyłam się o niego w naszym domu przez ponad rok, a pielęgniarki i lekarze odwiedzali go kilka razy dziennie. Mój mąż, podłączony do kroplówki, unoszący się we mgle fentanylu, zaczął mówić o Wyspach Cooka jak we śnie. Pływał wśród delfinów, przenosząc się między wyspami.  W mojej samotności usłyszałam to jeszcze raz: głos kobiety z Rarotongi, który przemówił do mnie po śmierci Anny. Podczas gdy mój mąż powoli wracał do zdrowia, zaczęłam pisać i jak tylko znów mógł podróżować, wróciliśmy na Rarotongę.

LMPhoto © Annika Marklund

Jak wyobraziłaś sobie życie tej kobiety?

Uznałam, że kobieta ma na imię Kiona, i zostaliśmy na Wyspach Cooka, dopóki nie wyśledziłam jej życia na każdym kroku. Spałam nad warsztatem pereł w wiosce Tukao na Manihiki, gdzie mieszkała z mężem Erikiem. Odwiedziłam bank w Avarua, gdzie rzucała wyzwanie swoim wrogom. Zatrzymałam się w Matavera –  wiosce, która dała Kionie jej nazwisko. Rozmawiałam z kapłanami, kajakarzami, pielęgniarkami i hodowcami pereł – ze wszystkimi, którzy mogliby pomóc mi ukształtować tę postać.

W ramach rekompensaty Kionie pożyczyłam moje stare siedliska z podróży przez świat.  1336 North Citrus Avenue w Hollywood było moim domem na początku 1980 roku; kwatera Erika w Camberwell należy do mojej córki, a mieszkanie brata Erika w Malmö to z kolei miejsce, w którym mieszkałam aż do opuszczenia Szwecji.

Trudno było Ci wyobrazić sobie, jak wielki, rozwinięty technologicznie świat postrzega Kiona, która wychowała się na wyspie, gdzie czas płynie wolniej?

Dorastałam w świecie, który nie różnił się tak bardzo od świata Kiony. W najbardziej skandynawskiej części Szwecji w 1970 roku, tuż poniżej koła podbiegunowego, nie było zaawansowanej technologii, supermarketów, bibliotek ani żadnego sposobu podróżowania. Uprawialiśmy własne ziemniaki, dostawaliśmy mleko od rolnika przy drodze, zbieraliśmy jagody w lesie. Moja matka piekła chleb, co jesień kupowaliśmy pół świni i ćwierć wołu, żeby mieć  mięso. Utknęłam całkowicie w mojej wiosce wraz z rodziną. Wiedziałam, że świat istnieje, ale nie mogłam do niego dotrzeć. Myślę, że dotyczy to WSZYSTKICH młodych ludzi, wszędzie. Ich ograniczenia są finansowe, geograficzne, praktyczne, emocjonalne – podobnie jak ograniczenia Kiony. Dlatego naprawdę uważam, że wiele osób może się z nią identyfikować.